Kto chce zniszczyć AZS, czyli „na układy nie ma rady”

Kto chce zniszczyć AZS, czyli „na układy nie ma rady”

Przez wiele miesięcy prezesi częstochowskiego AZS-u zachowywali wielką wstrzemięźliwość na temat pojawiających się niemal z każdej strony głosów o problemach finansowych siatkarskiej drużyny. W piątek (27.07) czara goryczy się przelała i na specjalnie zwołanej konferencji prasowej postanowili poinformować opinię publiczną na temat problemów z jakimi i przez kogo muszą się zmagać. Od momentu pojawienia się u sterów Akademików Kamila Filipskiego oraz Mateusza Czai, władze miasta nie przekazały nawet złotówki dla klubu. Gdyby tego było mało, magistrat domaga się zwrotu dotacji przyznanej jeszcze poprzedniemu zarządowi. Miasto nie chce zgodzić się nawet na możliwość rozłożenia tej „zwrotki” na raty! Zebrany przez nas materiał wskazuje na to, że jest to działanie celowe mające na celu wywieranie presji na przejęcie klubu za bezcen przez osoby powiązane z czołowymi częstochowskimi politykami.

– Naszym największym błędem jest to, że pozwoliliśmy w Częstochowie na zaakceptowanie tezy, że niepewność oznacza normalność. Otóż nie, nie oznacza! I nie ma na to naszej zgody. Niepewność jest idealną opcją do trzymania kogoś w szachu. Nigdy w historii nie zdarzyło się, aby klub, który wygrał ligę nie otrzymał kompletnie nic od miasta – mówił wyraźnie sfrustrowany stanem rzeczy prezes Filipski.

Nowi prezesi przejmując klub niemalże równo rok temu musieli zdawać sobie sprawę, że nie będzie im łatwo. Klub miał fatalną opinię wskutek kompromitująco słabych wyników sportowych od 2012 roku, ponadto byli ludźmi „znikąd”, nieznanymi w środowisku, bez wtajemniczenia w lokalne „układy”. – To był nasz największy problem, z nikim nie byliśmy w zmowie, nikt za nami nie stał. Chcieliśmy zacząć wszystko z totalnie czystą kartą, nie uciekaliśmy od starych długów, ale w najczarniejszym scenariuszu nie spodziewaliśmy się takich kłód pod nogami – mówią nieoficjalnie sternicy AZS-u.

W klubie potwierdzają też, że padła propozycja przejęcia klubu za przysłowiową złotówkę na zasadzie: albo nam to oddacie i nie będziecie mieć długów, albo nie dostaniecie nic z miasta. – Wcześniej odbyliśmy wiele rozmów z władzami miasta, mieliśmy nadzieje na partnerskie traktowanie i znalezienie jakiegoś rozwiązania, prosiliśmy przynajmniej o rozłożenie kwoty, którą wskutek błędów poprzedników musimy oddać na raty, ale nawet tego nie udało się uzyskać.

– Przez ostatnie pół roku staraliśmy się pokazać, że siatkówka jest częstochowianom potrzebna, że ludzie nadal żyją magią AZS-u. Na nasze mecze znów zaczęło przychodzić sporo kibiców, notowaliśmy kilkutysięczne frekwencje. Włożyliśmy ogrom pracy, czasu, pieniędzy już nawet nie chcemy liczyć po to, aby przywrócić AZS-owi należne miejsce. Wobec tego wszystkiego przyszłość jest jednak niepewna. Niepewność, o której wspominaliśmy na konferencji niszczy wszystko – dodaje przygnębiony Mateusz Czaja.

Reasumując, odradzający się AZS, któremu w heroicznym boju udało się wygrać rozgrywki pierwszej ligi nie może liczyć na żadne wsparcie miasta. Co gorsza, nie może liczyć nawet na zwyczajne „nieprzeszkadzanie”. Musi oddać magistratowi 300 tys. zł z tytułu zwrotu części dotacji za rok 2017 oraz 150 tys. z tytułu wynajmu hali. Czy dla biało-zielonych jest jeszcze ratunek? Najbliższe dni mogą być decydujące.

Mariusz Rajek