Koniec dekady: AZS z największym sukcesem. Marek Balt z największą wpadką

Koniec dekady: AZS z największym sukcesem. Marek Balt z największą wpadką

Grudzień 2020 roku dobiega końca, a to czas podsumowań nie tylko mijających dwunastu miesięcy, ale również całych dziesięciu lat. To gigantyczny okres, w którym siłą rzeczy musiało dziać się wiele dobrego i niestety, złego. Także w częstochowskim sporcie.

Każdy z nas może pokusić się o swoje własne resume – jaki to był rok? Ale także jaka to była dekada? Co było jej największym sukcesem, a co porażką? Co najgorszą wpadką i rozczarowaniem?

AZS Częstochowa z największym sukcesem

Zacznijmy od tych przyjemniejszych spraw. Zastanawiając się nad najfajniejszym momentem tej dekady, który zapadł w pamięci i z pewnością jeszcze długo będzie w niej tkwił – na myśl nasuwa się kilka propozycji, ale wydaje się, że jedna zasługuje na pierwsze miejsce.

AZS-u Częstochowa – sześciokrotnego mistrza Polski, dwukrotnego zdobywcy Pucharu Polski i szesnastokrotnego medalisty mistrzostw Polski już nie ma. To jednak właśnie ten klub, w oczach wielu częstochowian – najukochańszy i najbardziej legendarny, osiągnął sukces, który przerasta nie tylko lokalną rzeczywistość, ale także wykracza poza skalę ogólnokrajową. Mowa bowiem o zwycięstwie w europejskich rozgrywkach Pucharu Challenge w 2012 roku.

To sukces, z którego każdy kibic częstochowskiego sportu powinien być dumny, nawet jeżeli nie przepada za siatkówką. Wygrać europejskie trofeum w takiej dyscyplinie to nie lada sztuka. W męskiej siatkówce taka sztuka udała się tylko Płomieniowi Milowice w Pucharze Europy w latach ’70 i właśnie AZS-owi. Ktoś może powiedzieć, że to „puchar trzeciej kategorii – po Lidze Mistrzów i Pucharze CEV”. To prawda, ale życzmy sobie, aby polskie drużyny klubowe – nie tylko w siatkówce, ale także w innych dyscyplinach, wygrywały nawet takie trofea. Zastanówmy się i pomyślmy ile polskich ekip piłkarskich, koszykarskich, siatkarskich może pochwalić się takim sukcesem? Ten najświeższy to wygrana VIVE Kielce w Lidze Mistrzów piłkarzy ręcznych. Ogólnie lista jest skromna, więc i wyczyn AZS-u należy docenić.

Tym bardziej, że mówimy o siatkówce, a czy tego chcemy, czy nie – to sport globalny, który oczywiście nigdy nie będzie futbolem, ale nie musi. Wystarczy, że w siatkówkę gra się na całym świecie, że praktycznie każdy kraj w Europie – mniejszy, większy posiada swoje rozgrywki, a co za tym idzie konkurencja do zwycięstwa w jakichkolwiek rozgrywkach Starego Kontynentu jest nie lada wyzwaniem.

Kolejny argument? Jeżeli nadal ktoś uważa, że zwycięstwo w Pucharze Challenge to nic takiego, niech spojrzy sobie na listę triumfatorów tych rozgrywek przed i po AZS-ie. Akademicy spod Jasnej Góry sięgając po ów puchar dołączyli do prestiżowego grona wielkich potentatów, którzy w swojej gablocie posiadają wspomniany „puchar trzeciej kategorii” i raczej wątpliwie, aby ktokolwiek we Włoszech czy Rosji dewaluował to osiągnięcie. Chyba tylko nasz naród ma w sobie taką wadę, że potrafi narzekać na wszystko, nawet na zwycięstwo w europejskich pucharach…

AZS sięgający po Puchar Challenge nie był najsilniejszym AZS-em w historii tego klubu. Bywały o wiele silniejsze pokolenia siatkarzy, którzy zakładali biało-zielone barwy, lecz zawsze brakowało wisienki na torcie. W latach ’90, kiedy to częstochowianie byli absolutnym hegemonem na krajowym podwórku, potrafili zwyciężać m.in. Sisley Treviso, ale ówczesny regulamin Pucharu Europy sprawiał, że dostać się do Final Four było niezmiernie ciężko. AZS parokrotnie ocierał się o awans, będąc i tak w czołówce europejskich drużyn.

Nieco młodsi kibice pamiętają przede wszystkim pamiętny mecz z Iskrą Odińcowo, ale w dalszej fazie znowu zabrakło niewiele do awansu, tym razem do Final Four Pucharu CEV. Wcześniej jeszcze AZS zdobył brązowy medal w Top Teams Cup w 2002 roku, organizując turniej finałowy w Hali Polonia. W 2009 roku udało się dotrzeć do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Pojedynczych sukcesów było sporo, wszak AZS grał w europejskich pucharach nieprzerwanie przez ponad 20 lat!

Zwycięstwo w Pucharze Challenge było takim ukoronowaniem tych dwóch dekad. Smaczku dodawał fakt, że w finale rywalem częstochowian była Politechnika Warszawska, której trenerem był Radosław Panas, a na parkiecie grali m.in. Marcin Nowak oraz Grzegorz Szymański. Stara gwardia AZS-u mogła wyszarpać ten puchar dla Warszawy, ale magia Hali Polonia zrobiła swoje. W pamiętnym złotym secie było już 6:0 dla zawodników ze stolicy. W 9 na 10 takich przypadków żadnej drużynie nie udałoby się odrobić takich strat. Wydarzył się jednak cud i częstochowski obiekt eksplodował z radości – ostatni raz w historii klubu.

Dramaturgia tego meczu oraz to, co wydarzyło się później z AZS-em dodaje jedynie symboliki sukcesu.

AZS Częstochowa… największym rozczarowaniem

Jakże skrajne emocje przeżywali kibice AZS-u Częstochowa w mijającej dekadzie. Z jednej strony wielki sukces w postaci zwycięstwa w Pucharze Challenge, a z drugiej strony bolesny upadek klubu. To boli i będzie bolało jeszcze bardzo długo, zwłaszcza tych starszych kibiców, którzy wychowali się na wielkich bojach biało-zielonych. Wystarczyło kilka lat, aby z jednego z najbardziej utytułowanych siatkarskich klubów w Polsce zostały jedynie wspomnienia.

Przeprowadzka do nowej hali miała pomóc w odbudowie AZS-u, a stanowiła wyłącznie degrengoladę. Z roku na rok było coraz gorzej, chociaż chyba każdy z nas próbował szukać pocieszenia, że jeszcze nadejdą dobre chwile, że to okres przejściowy. I nawet po spadku do pierwszej ligi mówiło się, że może to dobrze, bo dojdzie do tzw. katharsis i klub zacznie budować swoją potęgę od nowa. Faktycznie, przejęcie klubu przez nowe władze i walka o szybki powrót do PlusLigi wlała nadzieje w serca kibiców. Niestety, ówczesny regulamin sprawił, że mimo zwycięstwa w pierwszoligowych zmaganiach, trzeba było jeszcze rozegrać dodatkowe baraże o awans. Na domiar złego w decydujących meczach częstochowianie stracili z powodu kontuzji swojego lidera w ataku – Bartosza Krzyśka. Skończyło się na niepowodzeniu.

Jeszcze jakiś czas po przegranych barażach z ust działaczy padały słowa, że „spokojnie, hasło idziemy po swoje nadal obowiązuje i nie inaczej będzie w kolejnym sezonie”. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Problemy finansowe, komornik, konfiskata trofeów trzymanych gdzieś na zapleczu w kartonach – AZS, ten sam, który przez wiele lat był dumą Częstochowy, w odstępie kilku lat stał się jej wstydem. Przykry upadek, który rzuca cień na wszystkie inne rozczarowania związane z częstochowskim sportem w tej dekadzie.

Marek Balt „coś tam” wart

Wpadek rzecz jasna też nie dało się ominąć – zarówno tych na niwie sportowej oraz takich, które wykraczały ramy sportowej rywalizacji. W tym pierwszym przypadku nie brakowało chociażby niechlubnych porażek naszych drużyn. Raków Częstochowa potrafił przegrać w kwietniu 2016 roku z GKS-em Tychy aż 1:8, mimo że już wtedy walczył o awans do pierwszej ligi. AZS Częstochowa, zwłaszcza w schyłkowej erze, często przegrywał mecze w kompromitującym stylu. Wpadek nie uniknął też Włókniarz. Osobiście pamiętam taki mecz ze Stalą Gorzów, kiedy to po pierwszych pięciu biegach przyjezdni prowadzili… 25:5.

Chciałbym jednak w tej kategorii skupić się na wypowiedzi Marka Balta, polityka SLD, który pod jednym z artykułów napisanych przeze mnie na portal Polsatsport.pl, dotyczący budowy stadionu dla Rakowa, stwierdził, aby… „właściciel Rakowa nie dziadował, bo i tak nie dostanie żadnych pieniędzy od miasta”.

Wpadka w tym przypadku to czysty eufemizm. Osoba publiczna, zwłaszcza polityk pokusił się o knajacką wypowiedź pod adresem człowieka, który własnymi siłami odbudował częstochowski Raków. Kwestia budowy stadionu piłkarskiego pod Jasną Górą znacznie przekracza mijającą dekadę, ponieważ już wcześniej mówiono o konieczności modernizacji obiektu przy Limanowskiego. Ówczesne władze zwlekały z tym, a i sytuacja RKS-u, który wiązał ledwo koniec z końcem, sprawiała, że o remoncie nie było mowy.

Ostatnie lata to jednak ciągły rozwój RKS-u, do którego potrzebny jest jednak nowoczesny obiekt. Wypowiedź Marka Balta w mediach społecznościowych w 2017 roku rozpętała burzę i sprowokowała całe środowisko piłkarskie w Częstochowie. Nie ma co się dziwić, ponieważ to pokazało jakie nastawienie miało (oby czas przeszły dokonany) lokalne środowisko polityczne wobec Rakowa, który nie jest ulubieńcem władz miasta.

I nawet, jeżeli pan Balt powiedział to, co długo w nim siedziało, to i tak powinien był użyć przy tym bardziej parlamentarnych słów, okazując dyplomację. A z drugiej strony, czego można spodziewać się po politykach…

Wspomnienia godne zapamiętania oraz te do wymazania

Każdy z nas na swój sposób zapamięta mijającą dekadę. Nie brakowało złych chwil takich, jak chociażby upadek Włókniarza Częstochowa, który jednak szybko wrócił na żużlową mapę Polski. Fla speedwaya to też była burzliwa dekada, może nie aż tak, jak w przypadku siatkówki.

Żużlowcy zaczęli dekadę od walki o utrzymanie. Następnie spółka KJG przejęła udziały w klubie, co zwiastowało walkę o mistrzostwo Polski w 2013 roku. Happyendu nie było, chociaż trzeba przyznać, że tamten sezon dostarczył naprawdę wielkich emocji. Pamiętny półfinałowy mecz z Unibaksem Toruń – czerwona kartka dla Rafała Szombierskiego, szarża Grigorija Łaguty, powtórzony piętnasty bieg i huśtawka nastrojów – Michael Jepsen Jensen oraz Rune Holta jadą na 5:1 przed Darcym Wardem. Na ostatnim okrążeniu Norweg z polskim paszportem notuje defekt i koniec marzeń. Po meczu odjęto punkty Arturowi Czai, ponieważ w 14. biegu wystartował wbrew regulaminowi. Do tego kibice, którzy nie chcieli wypuścić z wieżyczki sędziego Marka Wojaczka, a i bolesna kontuzja Emila Sajfutdinowa w pierwszym meczu dodała pikanterii rewanżowemu starciu. Innymi słowy – działo się.

Potem zaczęły się problemy. Zwieńczeniem tego był brak Włókniarza w rozgrywkach ligowych w 2015 roku. Szczęśliwie nie trwało to dłużej, bo już w 2016 roku udało się wystartować w pierwszej lidze – połączonej z drugą. Od 2017 roku biało-zieloni startują w PGE Ekstralidze, a w 2019 roku – równo po dziesięciu latach przerwy sięgnęli po brązowy medal Drużynowych Mistrzostw Polski. Niestety, w 2020 roku mieliśmy przykre wydarzenie w postaci walkowera, co także należy zaliczyć do kategorii sporych wpadek.

Awans Rakowa do PKO BP Ekstraklasy to jeden z największych sukcesów tej dekady. Po drodze był jeszcze półfinał Pucharu Polski. Swoje piękne chwile przeżywała też Skra Częstochowa, która awansowała do drugiej ligi, będąc obecnie w czołówce tychże zmagań. Dla mnie to osobista satysfakcja, bo doskonale pamiętam ostatnie minuty oraz sekundy decydującego o awansie meczu, który komentowałem wspólnie z Szymonem Sobolem. Pamiętam jak z opóźnieniem dostaliśmy informację o tym, że walcząca ramię w ramię ze Skrą ekipa Ślęzy Wrocław nie wygrała swojego spotkania, co premiowało częstochowian. Potem była radość, euforia i szampany.

Częstochowski sport to przede wszystkim piłka nożna, żużel i siatkówka (kolejność przypadkowa), ale w innych dyscyplinach też nie brakowało sukcesów. Warto wspomnieć chociażby o mistrzostwie Polski wywalczonym przez speedrowerowe Lwy.

Życzmy sobie, aby kolejna dekada dostarczyła wyłącznie pozytywnych emocji. To w praktyce niemal niemożliwe, ale sport ma to do siebie, że w razie porażki dosyć szybko daje nam możliwość rehabilitacji. I dlatego tak bardzo go kochamy.

Krystian Natoński