Co Ty Nato(n)? Raków przegrał bitwę, ale z wojny wróci z tarczą

Co Ty Nato(n)? Raków przegrał bitwę, ale z wojny wróci z tarczą

Jeszcze nie tak dawno emocjonowaliśmy się końcówką poprzedniego sezonu w PKO BP Ekstraklasie, a już w miniony weekend zainaugurowaliśmy rozgrywki 2020/2021. Raków Częstochowa na „własnym” boisku w Bełchatowie zmierzył się z Legią Warszawa i przegrał 1:2. Ale kto widział to spotkanie, ten wie, że rezultat nie odzwierciedla wszystkiego.

Mówi się, że z zespołami aspirującymi do walki o mistrzostwo kraju najlepiej rywalizować na samym początku sezonu, kiedy forma nie jest najwyższa, a w przypadku Legii – skupienie towarzyszy przede wszystkim kwalifikacjom do Ligi Mistrzów. Warszawianie nie zachwycili w starciu z ekipą z Irlandii Północnej, wygrywając po męczarniach 1:0. To zwiększało apetyty RKS-u na uzyskanie dobrego wyniku w sobotni wieczór.

Wyniku dobrego może nie było, ale gra drużyny, jej nastawienie, atmosfera – to wszystko sprawiło, że naprawdę przyjemnie oglądało się poczynania podopiecznych Marka Papszuna na boisku. Legia jak na polskie warunki – zbudowała niesamowicie mocny skład. Znajdują się tam byli lub aktualni reprezentanci kraju – Artur Boruc, Bartosz Kapustka czy Artur Jędrzejczyk. W końcówce pierwszej oraz przez całą drugą połowę Wojskowi grali w przewadze, ale gdybym wszedł na stadion w trakcie trwania drugiej części spotkania, nie zorientowałbym się, że czerwono-niebiescy grają jednego mniej.

Zdecydowanie za wcześnie, żeby oceniać poczynania poszczególnych zawodników, komentować postawę tych, którzy zasili Raków przed tym sezonem. Dajmy im i sobie trochę czasu, pamiętając, że przejście z poprzedniego do obecnego sezonu odbyło się w szalenie błyskawicznym tempie, bez solidnego okresu przygotowawczego.

Można jednak zwrócić uwagę na inne wartości. Siedząc na trybunie, śledząc zmagania toczone w strugach deszczu urzekła mnie atmosfera nie tylko wśród kibiców, ale także wśród piłkarzy RKS-u. Ktoś może powiedzieć, że to nic nadzwyczajnego, ale wówczas pozwolę się nie zgodzić. Szeroko rozumiany „team spirit” jest często ważniejszy niż worek pieniędzy i gwiazdozbiór, w którym nie ma odpowiednich relacji.

Zawodnicy Rakowa zaimponowali walką, ambicją, determinacją, a w takich momentach kibice są w stanie wybaczyć niepowodzenia związane z wynikiem. Mam nadzieję, że fani Rakowa dostrzegli fenomenalną interwencję Jakuba Szumskiego w drugiej połowie, po której Tomas Petrasek przytulił po ojcowsku golkipera częstochowskiego zespołu. Sam zainteresowany zareagował po niej conajmniej tak, jakby Raków właśnie strzelił gola. Kilkanaście minut później Petrasek wybił piłkę głową po dośrodkowaniu, dzięki czemu piłkarz Legii nie sięgnął jej i nie skierował do pustej bramki. Wówczas to Szumski podbiegł do Czecha z wdzięcznością.

Podpowiadanie sobie non stop, udzielanie wskazówek, granie na zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – to coś czego nie da się kupić, a dla kibiców to ważniejsze aspekty niż zespół budowany za miliony, ale bez duszy. Petrasek sam kiedyś powiedział, że czuje się żołnierzem Papszuna i że za Raków poszedłby w ogień. Z takimi żołnierzami jestem pewien, że Raków mimo przegranej bitwy w sobotni wieczór, z wojny wróci z tarczą. A piłkarze nie muszą wskakiwać w ogień. Wystarczy, że wskoczą do czołówki naszej ligi, na co ich niewątpliwie stać.

Krystian Natoński