Co Ty Nato(n)? Dziesięć drużyn w PGE Ekstralidze. Więcej plusów czy minusów?

Co Ty Nato(n)? Dziesięć drużyn w PGE Ekstralidze. Więcej plusów czy minusów?

Niczym bumerang wraca temat powrotu do rozgrywek PGE Ekstraligi w rozmiarze dziesięciu drużyn. Ostatni raz taki kształt zmagań mieliśmy w 2013 roku. Pomysł powiększenia ligi dobry, ale na ten moment więcej w tym euforii niż rozsądku.

Przypomnijmy sobie szybko, jak to wyglądało w 2013 roku. W ówczesnej ekstralidze mieliśmy 10 zespołów, na jej zapleczu siedem, natomiast w drugiej lidze tylko sześć – z czego ukraiński MIR Równe wycofał się po pięciu meczach…

To sprawiło, że mieliśmy wtedy kadłubowe rozgrywki w najniższej klasie rozgrywkowej, w której startowało zaledwie pięć ekip. Cztery z nich jechały w fazie play-off, a Victoria Piła, która zajęła piąte miejsce w tabeli skończyła sezon… 21 lipca.

Nie oszukujmy się, że ryzyko powtórki z tamtego okresu jest bardzo duże. Mimo, że mija prawie dekada, to nadal w polskim żużlu brakuje drużyn, które mogłyby pochwalić się stabilnością finansową i które nie wiążą końca z końcem. Ponadto nadal borykamy się ze zbyt małą liczbą zespołów, aby móc pozwolić sobie na jakiekolwiek rotacje. O ile łatwiej jest podjąć decyzję o powiększeniu ligi piłkarskiej czy siatkarskiej ze względu na multum drużyn (chociaż i tam nie wszystkie są w stanie finansowo podołać grze w wyższej lidze), to w polskim speedwayu graniczy to niemal z cudem. Dlatego też decyzje o powiększeniu rozgrywek należy podejmować bardzo ostrożnie, z przemyśleniem i bez grama spontaniczności, aby nie doprowadzić do całkowitego upadku dyscypliny. Samo zainteresowanie sportem wśród kibiców i mediów to za mało.

W teorii sam pomysł jest oczywiście dobry i warty rozważenia. Wszak więcej drużyn oznacza więcej meczów, więcej transmisji telewizyjnych. Sam sezon byłby też bardziej intensywny. Więcej spotkań to także mniejsza presja związana z walką o utrzymanie lub medale. Przy ośmiu drużynach trzeba być naprawdę klinicznym i bezbłędnym, aby zrealizować swój cel. Dwie dodatkowe ekipy, to automatycznie cztery dodatkowe mecze, co zwiększa margines błędu.

W praktyce problemów do przeskoczenia przy ewentualnym powiększeniu ligi jest jednak sporo. Niestety, żużel w polskim wydaniu ligowym to synonim skrajności i dysproporcji pomiędzy topowymi drużynami w kraju, a tymi słabszymi. Chyba w żadnym innym sporcie w Polsce nie ma takiej rozbieżności pomiędzy poszczególnymi ligami, jak właśnie w speedwayu. Najlepszym tego przykładem jest zespół, który wygrywa zmagania w pierwszej lidze i chcąc rywalizować jak równy z równym w ekstralidze, musi dokonać rewolucji kadrowej, bo skład, który wywalczył awans jest po prostu za słaby na wyższy poziom. Tak dzieje się praktycznie co roku.

Mała liczba klubów, dodatkowo takich, które byłyby gotowe na jazdę w ekstralidze to jedno. Problemem jest mała liczba zawodników, która mogłaby wskoczyć nagle do najwyższej klasy rozgrywkowej. A jeżeli tacy się znajdą, to czy nie będziemy świadkami zbyt dużej różnicy umiejętności? Wielu pewnie pomyślało sobie teraz o KSM-ie, ale wprowadzenie tego przepisu nie byłoby dobrym pomysłem. Osobiście mam nadzieję, że ten komunistyczny regulamin już nigdy nie wróci do rozgrywek. Dlaczego komunistyczny? Bo wedle niego wszystkie drużyny muszą – z naciskiem na słowo „muszą” być zbliżone do siebie potencjałem kadrowym. Mieliśmy już w przeszłości sytuacje, w których dany zawodnik musiał odchodzić z zespołu, tylko dlatego, że miał za wysoki KSM. Do tego dochodziły absurdalne incydenty z tzw. „zbijaniem KSM-u”, aby tylko utrzymać się w kadrze na kolejny rok…

Z drugiej strony najmocniejsze kluby musiałyby szukać zabezpieczeń w postaci zbyt wysokich zwycięstw nad tzw. „słabeuszami”. O ile w piłce nożnej czy siatkówce zawodnicy mają stałe wynagrodzenia bez względu na rezultaty, o tyle w speedwayu tzw. „punktówki” są zmorą dla księgowych. Prezesi musieliby wprowadzać zapis do kontraktów swoich zawodników mówiący o tym, że ci w meczach z tymi słabszymi otrzymują po prostu mniej pieniędzy. Ci jednak będą tłumaczyć się inwestycją w sprzęt i serwisem, który przecież kosztuje tyle samo po każdym meczu, bez względu na klasę przeciwnika. To kolejny problem do rozwiązania.

Kto z obecnych pierwszoligowców mógłby niedługo wskoczyć do ekstraligi? Spadkowicz z Rybnika? Być może Orzeł Łódź, a może Unia Tarnów. Ile drużyn liczyłaby jednak pierwsza liga w przypadku powiększenia ekstraligi? A co z drugą ligą? Już teraz nie wygląda to dobrze, o czym świadczy wspomaganie się ekipami z Niemiec. Honorowy prezes PZM, Andrzej Witkowski wspomniał o dołączeniu jeszcze zespołów z Węgier, Ukrainy i Słowacji. A może pójść krok dalej i dokooptować teamy z Argentyny i Włoch? Już wyobrażam sobie jak za kilka lat kibice np. częstochowskiego Włókniarza wybierają się na mecz ligowy do Terenzano. Gorzej jak spotkanie zostanie odwołane z powodu deszczu i będzie trzeba w połowie drogi zawrócić…

W jednej z wypowiedzi prezes Witkowski powiedział o tym, że „musimy być dobrzy dla Europy”. W domyśle prezesowi chodziło pewnie o pomaganie innym ośrodkom z innych krajów. A może by tak PZM rzucił okiem co słychać w Pile, Krakowie i Świętochłowicach? Z tymi drużynami możemy wówczas bawić się w powiększanie lig. To jednak temat na inną historię…

Krystian Natoński